pamiec

Alkohol wspomaga pamięć?

Do niedawna powszechnie sądzono, że wpływ alkoholu na pamięć zawsze jest negatywny. Nowe badania wskazują, że w pewnych warunkach... alkohol może pomagać w uczeniu się i zapamiętywaniu. ...

spac3

Co brak snu robi mózgowi

Do niedawna naukowcy sądzili, że nawet długie okresy bez snu można po prostu odespać – i wszystko wróci do normy. Nowe badania pokazują, jak bardzo się mylili. ...

dlubacz

Nadgodziny a radość życia

Amerykanin jest szczęśliwy, gdy pracuje, Europejczyka na ogół praca czyni nieszczęśliwym – to wnioski z badań, których autorem jest Adam Okulicz-Kozaryn, polski ekonomista pracujący na University of Texas w Dallas. Artykuł, opublikowany właśnie w Journal ...

dex

Urodzony morderca

James Fallon z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine to światowej sławy badacz chorób Alzheimera i Parkinsona, neurobiologii uzależnień i schizofrenii. Dla sporej liczby Amerykanów profesor Fallon to jednak przede wszystkim znany z programów kryminalnych ekspert od ...

quirk

Giełdowe dziwy

O polskiej wersji „Quirkology” Richarda Wisemana pisałem miesiąc temu w związku z programem w TOK FM. By przypomnieć tym, którzy nie słuchali: wbrew dziwnemu tytułowi (nienajfortunniej przetłumaczona na polski „Dziwnologia”) i jeszcze dziwniejszym sugestiom, które ...

Prokreacja

Prokreacja jako obowiązek

Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym tygodniu władza rozpoczęła dyskusję o nowym podatku, tym razem od braku dzieci. Debatę zainicjował w „Fakcie” poseł Mieczysław Kasprzak (PSL) taką oto deklaracją: Jesteśmy za podatkiem od bezdzietności. Nie może ...

bombo1

Słodycze źródłem agresji

Dając dziecku cukierka, zwiększasz szanse, że wyrośnie na chama lub przestępcę – tym zdaniem, które na niejednego rodzica podziała jak zimny prysznic, można podsumować wyniki badania zespołu dr. Simona Moore’a, które publikuje październikowy British Journal ...

przemoc

Przemoc na ekranie – fakty i mity

Są na świecie rzeczy,‭ ‬w które ludzie po prostu wierzą,‭ ‬bez względu na to,‭ ‬czy określają się jako wierzący,‭ ‬czy nie.‭ ‬Także wtedy,‭ ‬gdy mienią się racjonalnymi naukowcami.‭ ‬Przykładem takiej wiary jest choćby przekonanie o ...

Euro 2112

Moja dzisiejsza analiza gospodarskich wizyt Donalda Tuska dla TVP Info z unikalnym dodatkowym komentarzem, uściślającym, o co mi dokładnie chodziło w tym, com powiedział na ekranie:

Niedociągnięcia przed Euro, to wynik tak popularnego w Polsce myślenia na zasadzie „jakoś to będzie”.

Premier Donald Tusk odbywa tournee po Polsce w związku z Euro. Nie wiem czy jego wizyty można potraktować jako formę dopingu dla wszystkich zaangażowanych w budowę dworców, autostrad i wszelkich innych obiektów użyteczności publicznej lub nieużyteczności (stadiony) publicznej na piłkarskie mistrzostwa Europy. Bo tak naprawdę doping jest wtedy, gdy mamy jakąkolwiek motywację, np. gdy wiemy, że czegoś nie dostaniemy, jeżeli czegoś nie zrobimy. Natomiast w Polsce to wygląda tak, że urzędnicy odpowiedzialni za planowanie i zatwierdzanie konkretnych przedsięwzięć, żadnej motywacji nie czują.

Bo i dlaczego czuć by mieli? W przeciwieństwie do osób lub firm prywatnych, dla których opóźnienie w budowie np. domu lub siedziby przez kilka lat to wymierna strata, urzędnikowi w istocie na ogół głęboko zwisa to, ile lat po terminie zostanie oddana do użytku droga, nad którą „czuwa”. Jeśli to, co zaplanował, nie powstanie na czas, przecież i tak nic mu się nie stanie. No, w skrajnym wypadku może straci premię, ale czym jest te kilkaset złotych – przy przynajmniej kilku milionach umoczonych z pieniędzy podatników – jeśli zestawi je się ze świętym spokojem? I dziwić się, że w tym kraju politycy i urzędnicy

mogą zwlekać jak najdłużej i robić tzw. obsuwy, bo tak naprawdę nie ma tutaj żadnej odpowiedzialności.

Teraz mamy do czynienia z sytuacjami, że podwykonawcy np. dróg nie dostają pieniędzy. Oni, w przeciwieństwie do urzędników mieli motywację, aby coś szybko robić – ale najwyraźniej dlatego im się nie zapłaci. Po co w przyszłości ktoś ma się spieszyć i stresować oficjeli? Tymczasem urzędnicy i tak dostaną swoje pensje, bez względu na to czy coś zostanie skończone czy nie. Po co więc mają się przemęczać?

Pamiętajmy, że takie imprezy, jak Euro 2012 robią kraje, które chcą je zrobić dla samych mistrzostw, albo po to, aby zareklamować swój kraj. I tak zrobiły kraje mające bogatą infrastrukturę, takie jak Austria i Szwajcaria. Tymczasem w Polsce zadziałał mechanizm: nie mamy nic, ogłosimy Euro, na pewno się na nie zmobilizujemy i wszystko zbudujemy. Minęło kilka lat i okazało się, że zbudowaliśmy ułamek tego, co było w planach. Powstały stadiony, a reszta, wraz z centrum Warszawy i dworcami we Wrocławiu czy Katowicach, w najlepsze rozkopana.

To wszystko wynika z faktu, że w Polsce pokutuje myślenie typu „jakoś to będzie”. Że się zmobilizujemy, jak będzie trzeba. Życie po raz kolejny (dość wspomnieć choćby poprzednie powstania narodowe) pokazało, że mimo najszczerszych chęci, nie zmobilizowaliśmy się dostatecznie.

Bynajmniej nie z powodu braku środków lub zapału. Na każdym szkoleniu z zarządzania czasem lub projektami (a to przecież jedne z tych szkoleń, na które urzędy chętnie wysyłają swych ludzi za pieniądze z UE) uczy się uczestników, że nim przystąpimy do działania, powinniśmy najpierw wszystko dobrze zaplanować, bo marzenie bez realnego i wykonalnego planu jest mrzonką. Czyli że np. najpierw powinniśmy ustalić budżet, jaki przeznaczymy na przygotowania do Euro, potem przemnożyć go odpowiednio, biorąc pod uwagę, jak przekracza się w naszym kraju budżety, gdy decydujący nie płacą za inwestycje z własnej kieszeni, a potem zapytać się, czy nas na to stać, a jeśli tak, to w jakim czasie bylibyśmy się w stanie wyrobić z wszystkim, co planujemy. A potem postarać się o organizację Mistrzostw Europy w 2112.

Wolny i wolniejszy rynek

Grupa posłów Platformy Obywatelskiej stworzy zespół, którego celem będzie wywalczenie Polakom… wolnego rynku. Na razie nie bardzo wiadomo, z kim nasi bohaterowie o taki rynek będą walczyć (logika nakazywałaby sądzić, że z resztą Sejmu, który właśnie oficjalnie zespół powołał – ale w okolice Wiejskiej, jak wiadomo, logika rzadko się zapuszcza). W informacji prasowej PAP (via Forsal) znajdujemy jednak m.in. szczegółowy wykaz rzeczy, o których realizację zawalczą będą mówić w mediach przez najbliższe lata członkowie zespołu:

Parlamentarny zespół do spraw wolnego rynku będzie działać na rzecz rozwoju gospodarczego i przedsiębiorczości – zapowiedzieli w piątek członkowie zespołu. (…)
Zespół chce też m.in. działać na rzecz równowagi finansów publicznych, która powinna być zapewniana poprzez ograniczanie wydatków, stymulowanie wolnej konkurencji oraz obniżenie poziomu ingerencji państwa w procesy gospodarcze i życie obywateli.
Zespół zamierza też działać na rzecz obniżenia udziału własności państwowej do minimum, tworzenia jasnych i prostych przepisów prawa, tworzenia klimatu korzystnego dla rozwoju przedsiębiorczości, ograniczania przywilejów różnych grup społecznych, wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego, dążenia do pełnej jawności i przejrzystości życia publicznego oraz zmniejszania biurokracji.

Dużo tych „działań na rzecz” – bardzo dużo. Aż trudno człowiekowi uwierzyć, że przy takim natężeniu „rzeczowości” w ciągu ostatnich czterech lat rządów Platformy Obywatelskiej nie udało się wspomnianym w tekście posłom (większość z nich siedzi w Sejmie już przynajmniej drugą kadencję) spełnić ani jednego z powyższych postulatów. Dodajmy: postulatów, z którymi, jeśli ktoś pamięta, Donald Tusk i jego koledzy szli do władzy w 2007 (tak samo zresztą, jak – jeszcze jako KLD – szli z nimi do władzy już w 1991). „Nie udało się” – to zresztą mało powiedziane: mimo głośnych działań sejmowej komisji „Przyjazne Państwo” i reform typu Jedno Okienko, z roku na rok nasz kraj zajmuje coraz niższe miejsca w rankingach wolności gospodarczej (w 2006 byliśmy na 41 miejscu indeksu Heritage Foundation, w 2011 byliśmy na 64), życie publiczne jest coraz mniej jawne i przejrzyste (by wspomnieć choćby tajne negocjacje w sprawie ACTA), a biurokracji nie tylko nie ubywa, ale wręcz przybywa w tempie lawinowym.

Stefan Kisielewski zasłynął m.in. jako autor genialnego spostrzeżenia, że socjalizm to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się problemy nieznane w innych ustrojach. Ustrój, w którym pomaga Polakom żyć Platforma Obywatelska, też ten warunek spełnia. Zwłaszcza w zakresie „walki” o wolny (coraz wolniejszy) rynek. Walki, która osobom postronnym mogłaby równie dobrze wydać się walką z wolnym rynkiem..

Jakby ktoś nie wiedział, wolny rynek to to, co występuje naturalnie, zanim nadgorliwe państwo (czyli w wypadku Polski wy, drodzy posłowie) nie zacznie włazić z butami w życie obywateli i wszelkimi sobie znanymi sposobami ograniczać lub wypaczać wrodzoną ludzką przedsiębiorczość: mnożyć koncesje i pozwolenia na sprzedaż towarów i wykonywanie usług, nakładać coraz wyższe podatki, zmuszać tych, co pracują, do płacenia na niepracujących, płacić ich pieniędzmi bezrobotnym za niepracowanie, zniechęcać (składkami, kontrolami i sankcjami) potencjalnych pracodawców do zatrudniania tych nielicznych, którym chciałoby się w takich warunkach pracować, dotować firmy, które nie produkują nic oprócz wniosków o dotacje, i pola leżące odłogiem, czy wreszcie rujnować przemysł w imię walki z globalnym ociepleniem (czy jakkolwiek się to teraz nazywa).

By wprowadzić w Polsce wolny rynek, nie trzeba wielkich inicjatyw, komisji sejmowych, badań czy analiz. Na początek wystarczyłaby jedna ustawa, które zresetowałyby nam gospodarkę (w zakresie, na jaki pozwala członkostwo w UE – przykład Estonii, Cypru czy Irlandii pokazuje jednak, że nawet będąc w Unii można mieć relatywnie wolną gospodarkę) do stanu z 1989. Czyli tego, co za sprawą pamiętnej ustawy Wilczka mieliśmy w Polsce, zanim po raz pierwszy doszli do władzy „liberałowie” z ówczesnego KLD.

Ale tego (lub innego konkretnego pomysłu na uwolnienie gospodarki) próżno szukać wśród postulatów nowego sejmowego zespołu.

Internet i śmierć rozmowy

O sztuce rozmawiania i informowania – dziś, w dobie internetu, mediów społecznościowych, komórek, skrótowych smsów i rywalizacji kontentu o dostęp do Twojej głowy, oraz 40 lat temu, gdy Oriana Fallaci robiła swe długie wywiady, za przeczytanie których trzeba jeszcze było, o zgrozo, zapłacić. Jak się zmieniły nasze wzorce korzystania z kultury słowa i co z tego wynika, pytały mnie w „Na cztery ręce” Paulina Wilk i Bogusia Marszalik:

Wywiady z wampirami

Nie wiem, czy walentynkowy wieczór o najlepszy czas, by na falach Polskiego Radia rozmawiać o książce, w której więcej niż o miłości, jest o cynizmie, wyrachowaniu i innych składnikach tego, co od zarania dziejów nazywamy wielką polityką. Ale jeśli książka to to „Wywiad z historią” Oriany Fallaci, wydaje się, że każdy czas jest dobry.

„Wywiad z historią” nie jest jeden wywiad – to 28 rozmów z 27 wielkimi dwudziestego wieku – od Kissingera do Arafata, od Goldy Meir do Indiry Gandhi. Na pozór różnią się oni od współczesnych polityków wieloma cechami (na czele z niedostępnością – czytając wstępy do wywiadów aż trudno uwierzyć, ile przed epoką internetu musiał się dziennikarz napracować, by dotrzeć do ważnego polityka). Pod powierzchnią różnice bledną, czego dowodem choćby słowa, jakimi Oriana opisywała prezydenta Pakistanu z lat 70-tych, Zulfikara Alego Bhutto:

Był to człowiek (…) bardzo inteligentny. O inteligencji przebiegłej, lisiej, używanej po to, by zwodzić, oszukiwać, ale jednocześnie karmiącej się kulturą, pamięcią, węchem. (…) Im bardziej próbowałeś go przeniknąć, tym bardziej stawałeś się niepewny, zagubiony. Niczym graniastosłup obracający się na osi, za każdym razem pokazywał ci odmienną twarz w tej samej chwili, kiedy poddawał się twojemu oglądowi, umykał ci. Mogłeś więc określić go na tysiąc sposobów i każdy z nich był prawdziwy: liberalny i autorytarny, faszysta i komunista, szczery i kłamliwy. (…) Do prezydentury dochodził z okrutną cierpliwością, nie pozwalając zaburzyć tego procesu nieprzyjemnymi zapachami wytwarzanymi przez pewne grupy.
Władza jest namiętnością bardziej gwałtowną niż miłość. Kto kocha władzę, ma wytrzymały żołądek, a jeszcze bardziej wytrzymały nos. Bhutto te zapachy nie przeszkadzały. Kochał władzę. Jaki charakter miała ta władza, trudno było zgadnąć. (…) Słuchając go, byłeś skłonny uwierzyć, że jego ambicje są szlachetne, że naprawdę zamierza zbudować bezinteresowny i prawdziwy socjalizm. Ale potem odwiedzałeś jego wspaniałą bibliotekę w Karaczi i odkrywałeś, że na honorowym miejscu stoją luksusowe tomy o Mussolinim i Hitlerze oprawione w srebro.

Czyż nie dałoby się tej charakterystyki (oczywiście przy zachowaniu proporcji) odnieść niemal do każdego współczesnego męża stanu, niekoniecznie nawet z Polski?

Miłych Walentynek zatem życzę – i zapraszam do słuchania Czwórki dziś o 23:10 – w imieniu swoim i gospodarzy programu „Na cztery ręce”.

Starcie małych tyranów

Dziennik Polski zamieścił dziś tekst Włodzimierza Knapa z moją analizą potencjalnej skuteczności komunikatów perswazyjnych, jakie wysyłają ostatnio (i nie tylko ostatnio) Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński. Od raz zastrzegam, że tytuł analizy, Ziobro kontra Kaczyński – starcie tytanów, w przeciwieństwie do reszty tekstu nie był autoryzowany. Gdybym miał określać któregoś z obu panów, raczej użyłbym bliskobrzmiącego słowa tyran, w dodatku z jakimś umniejszającym przymiotnikiem. Na dobrą sprawę, tytanami (z różnych powodów) można od biedy nazwać takich polityków, jak Churchill, Reagan, Thatcher, Mandela, a z bardziej współczesnych Putin, Merkel czy Ron Paul – ale używanie takiego określenia wobec nieudaczników, którzy od kilku lat robią wszystko, by zapewnić swym ciut mniej nieudolnym konkurentom politycznym trwanie przy korycie, to poważne nadużycie semantyczne. Dlatego tytuł poprawiam, a resztę tradycyjnie, daję z dalszym komentarzem:

Jacy są prezes PiS i przywódca „ziobrystów”? – Jarosław Kaczyński ma wizerunek polityka mniej zdecydowanego niż Zbigniew Ziobro – odpowiada Tomasz Łysakowski, jeden z najbardziej cenionych specjalistów ds. marketingu politycznego [sic! - TŁ].

Zwraca uwagę, że choć prezes PiS kreuje się na silnego wodza całej prawicy, to w praktyce nie potrafi zbudować takiego swego wizerunku. – Zbyt często idzie na całość – podkreśla Łysakowski. – W zależności od potrzeb politycznych raz stara się przekonać wyborców, że jest człowiekiem łagodnym, pokojowo nastawionym [i otwartym na inne światopoglądy - pamięta ktoś jeszcze prezesowe Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa "postkomunizm", którego używałem z czerwca 2010? - TŁ]. Kiedy indziej próbuje uchodzić za twardego prawicowego polityka, bezkompromisowego, ostrego, zadziornego do granic [by wspomnieć choćby komentarz po expose premiera sprzed tygodnia: Tusk to polityk skrajnej lewicy - TŁ]. Takiej huśtawki wyborcy już nie „kupują”.

No, przynajmniej dziś. Rok temu w wyborach prezydenckich 47 proc. dało się Kaczyńskiemu uwieść – ale w polityce nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, zwłaszcza jeśli człowiek raz się przekona, że zamiast obiecywanego przed wyborami miodu płyną w niej jad i żółć.

Ale wróćmy do tekstu:

Zbigniew Ziobro w ocenie Tomasza Łysakowskiego jest znacznie bardziej przewidywalny. Ma wyraziste poglądy, których nie zmienia od lat. Ekspert przyznaje jednak, że Ziobrze łatwiej uchodzić za polityka konsekwentnego, ponieważ w polu jego zainteresowań jest bardzo wąska grupa zagadnień. Dawniej kładł nacisk na politykę karną i w oczach części rodaków udawało mu się uchodzić za „szeryfa”. Obecnie przedstawia się przede wszystkim jako polityk katolicki, a precyzyjnie mówiąc – bliski tzw. Kościołowi toruńskiemu. Ziobro – w przeciwieństwie do Kaczyńskiego – albo nie zabiera głosu na tematy gospodarcze, finansowe, społeczne, na kwestie dotyczące polityki zagranicznej czy bezpieczeństwa energetycznego, a gdy jednak zabiera, nie jest przekonujący. – Nie zmienia to jednak faktu, że w przeciwieństwie do prezesa PiS Ziobro jest postrzegany przez Polaków jako bardziej przewidywalny, jednoznaczny. Nie udaje aniołka, by potem przeinaczyć się w diabła – obrazowo mówi Łysakowski.

W jego ocenie przyszłość Solidarnej Polski w sporej mierze zależy od tego, co zrobi i jak się zachowa Jarosław Kaczyński. – Były premier nie ma co prawda większych szans na zdobycie nowych wyborców, m.in. dlatego, że jest – jak pokazują badania – mało wiarygodny dla wyborców [i jeszcze mniej przez nich lubiany - TŁ], ale może zatrzymać odchodzenie dotychczasowych zwolenników do Solidarnej Polski – twierdzi Łysakowski. – Od tego procesu zależeć zatem będzie przyszłość i PiS, i partii Ziobry – dodaje.

Łysakowski nie podziela opinii, że Kaczyński ma nie tyle wyborców, co fanatycznych zwolenników, przez niektórych zwanych sektą. – Grupa, która krzyczy „Jarosław Polskę zbaw” jest – wbrew powszechnemu przekonaniu – wyraźną mniejszością wśród wyborców PiS – ocenia nasz rozmówca. Według niego zdecydowana większość wyborców Kaczyńskiego głosuje na jego formację głównie z powodu wielkiej niechęci do innych ugrupowań, zwłaszcza PO oraz SLD, a teraz i Ruchu Palikota.

Zdaniem Tomasza Łysakowskiego, Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro nie są typami charyzmatycznych przywódców. Uważa on, że we współczesnej Polsce nie ma polityków obdarzonych prawdziwą charyzmą. – Kaczyński miewał charyzmatyczne momenty, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej i w czasie kampanii prezydenckiej. Ziobro charyzmy jest pozbawiony niemal zupełnie. Znacznie gorzej też wypada od prezesa PiS jako mówca.

Specjalista ds. marketingu politycznego nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro – podobnie jak chyba wszyscy polscy politycy – przeszli przez kursy mowy ciała. W jego ocenie prezes PiS przez większą część kampanii pokazywał, że jest dość pojętnym uczniem i zachowywał się tak, jak wymagają tego zasady mowy ciała. Po wyborach jednak najczęściej o nich zapominał. Teraz według ich reguł postępuje lider Solidarnej Polski. Łysakowski podkreśla jednak, że w przypadku Kaczyńskiego i Ziobry mowa ciała jest stosunkowo mało istotna – o obu niemal wszyscy Polacy mają ustalone opinie. Z tego powodu nie zwracają przesadnej uwagi na ich zachowanie. – Obraz Kaczyńskiego jest mocno utrwalony, podobnie jak Ziobry, który chyba już na zawsze będzie kojarzony z pewnymi słowami, na przykład „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie” – przewiduje Tomasz Łysakowski.

Czerwona Królowa w kampanii

Polska24 (TV Polonia) i rozważania na temat aktualnej kampanii, które toczyłem z Karoliną Lewicką i Jackiem Wasilewskim:

Najbliższe wystąpienia na ten sam temat dziś o 19:10 w Polsat News i jutro w okolicach 17:40 w Superstacji. Zgrywać wszystkiego i na bieżąco umieszczać nie mam, niestety, ani czasu ani możliwości, więc serdecznie zapraszam do oglądania.

Kampania od przodu i tyłu

Propagandowa orgia w toku, a ja, przygnieciony programami szkoleń, które trzeba napisać, i już zamówionymi treningami, które trzeba poprowadzić, nie mam czasu ani w niej uczestniczyć, ani nawet jej komentować w mediach. Dlatego z taką dumą prezentuję tu rodzynek, na który mimo przeładowanego obowiązkami dnia namówiła mnie dziś Joanna Stanisławska z Wirtualnej Polski. Tradycyjnie, moje kawałki daję z uzupełnieniami, które – choć zostały przeze mnie powiedziane – nie zmieściły się we właściwym tekście:

Czy prezes PiS Jarosław Kaczyński będzie starał się za wszelką cenę uniknąć debaty z premierem Donaldem Tuskiem? Tak twierdzi Małgorzata Kidawa-Błońska, rzeczniczka sztabu wyborczego PO. Zdaniem Tomasza Łysakowskiego, eksperta ds. marketingu politycznego, z którym rozmawiała Wirtualna Polska, Kaczyński nie ma powodu obawiać się starcia z szefem PO. – Wie już, co go czeka i z pewnością przygotuje się lepiej niż przed czterema laty [kiedy, powiedzmy sobie szczerze, przegrał przede wszystkim dlatego, że po wcześniejszym zwycięstwie nad Kwaśniewskim był po prostu zbyt pewny siebie -TŁ]. Ma szansę wygrać. Do debaty z pewnością dojdzie, natomiast PO będzie dalej tę sprawę rozgrywać, by utrzeć nosa prezesowi PiS – komentuje.

- Zaczyna się zabawa, którą znamy z kampanii prezydenckiej. To była ciągła ucieczka Jarosława Kaczyńskiego. Teraz też będziemy słyszeli sto pięćdziesiąt wykrętów, żeby do debaty PO-PiS nie doszło – mówiła w TOK FM Małgorzata Kidawa-Błońska. Łysakowski stwierdza, że wbrew słowom rzeczniczki PO, Jarosław Kaczyński rok temu w potyczkach z Bronisławem Komorowskim pokazał, że potrafi być ciężkim przeciwnikiem. Co prawda, starcie z Tuskiem, w ocenie eksperta, może być poważniejszym wyzwaniem, ale Kaczyński wie, czego się spodziewać i zdąży się [prawdopodobnie - choć z JK nigdy nic do końca nie wiadomo] przygotować. [Mimo że premier Tusk jest znacznie bardziej wymagającym konkurentem od aktualnego prezydenta, ma jedną podstawową wadę: rządzi do tego stopnia nieudolnie, że jego rząd jest w tym momencie oceniany negatywnie przez 61 proc. Polaków. -TŁ] Ekspert przyznaje, że na debatę będziemy musieli poczekać, ale nie z powodu lęków Kaczyńskiego, lecz strategii wyborczej PO i PiS. – Takie spotkanie ma sens, jeżeli silnie wpłynie na decyzję wyborców. A dojdzie do tego tylko wówczas, gdy debata odbędzie się tuż przed wyborami – wtedy zadziała tzw. efekt świeżości – tłumaczy.

Tu gwoli krótkiego wyjaśnienia: psychologia perswazji wyróżnia dwa konkurencyjne efekty, jeśli chodzi o największe oddziaływanie na odbiorcę argumentami: efekt pierwszeństwa i efekt świeżości. Efekt pierwszeństwa sprowadza się do tego, że informacja otrzymana wcześniej zazwyczaj wywiera na nas większy wpływ niż to, czego dowiemy się później, zwłaszcza jeśli decyzję dotyczącą danej sprawy będziemy podejmować w dłuższym odstępie czasu. Jest tak dlatego, że pierwsza informacja kotwiczy nasze sądy i stanowi punkt odniesienia dla kolejnych informacji, jakie do nas docierają. Przejawem efektu pierwszeństwa jest tzw. pierwsze wrażenie w relacjach z ludźmi, czyli fakt, że zdanie na temat nowo poznanej osoby wyrabiamy sobie najczęściej w chwili zetknięcia się z nią, zaś późniejsze jej zachowanie interpretujemy w sposób zgodny z tym, co już o niej sądzimy.

Oczywiście, efekt pierwszeństwa odgrywa rolę przede wszystkim tam, gdzie o kimś lub o czymś jeszcze wszystkiego nie wiadomo, lub ludzie po prostu nie wiedzą, co o czymś sądzić. Na temat polityków, czy to PO, czy PiS, niemal każdy Polak ma już jednak wyrobione zdanie, więc bawienie się w efekty pierwszeństwa byłoby dla obu partii po prostu stratą sił i funduszy.

Tym, co zadecyduje o wyniku wyborów, będzie zatem, jak już się rzekło, efekt świeżości – zjawisko sprowadzające się do silniejszego działania informacji, które nadeszły jako ostatnie przed podjęciem decyzji. Efekt świeżości jest tym mocniejszy, im mniejsza odległość w czasie między nadejściem informacji, a podjęciem decyzji – dlatego partie z wypuszczeniem asów z rękawa czekają zwykle do ostatniej chwili kampanii. I dlatego ostatnio platformową propozycję trudno odbierać inaczej niż jako podpuchę:

Donald Tusk zaproponował w sobotę PiS cykl debat telewizyjnych w sprawach najważniejszych dla Polski, z udziałem ministrów jego rządu. Debaty miałyby ruszyć w poniedziałek, 29 sierpnia, i odbywać się codziennie; w ostatniej wzięliby udział szefowie PO i PiS. Jego oświadczenie przyćmiło nieco konwencje PiS i SLD. Dlaczego premier zaproponował debaty tylko jednej partii? Zdaniem Łysakowskiego premier stara się pokazać wyborcom, że linia sporu występuje między PO a PiS, że dla tych dwóch partii nie ma alternatywy. SLD Tusk chce zwyciężyć lekceważeniem. Będzie realizował strategię dzielenia sceny politycznej na „dobre PO” i „zły PiS”.

- Straszenie powrotem PiS i złem absolutnym w postaci Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku premiera to jedyne wyjście dla PO. Nie może już przecież szerzyć gierkowskiej propagandy i opowiadać o „zielonej wyspie”, bo na tej „zielonej wyspie” ludzie niedługo będą jedli trawę. [Inne nadzieje na zaprezentowanie się przez Platformę wyborcom w pozytywnym świetle również spaliły na panewce: przedwcześnie otrąbiona sukcesem rządu polska prezydencja w UE skończyła się kompromitującym niewpuszczeniem ministra Rostowskiego na posiedzenie ministrów grupy euro; o przygotowaniach do innego Euro lepiej nie wspominać. - TŁ] Coraz ciężej przekonać Polaków, że żyje im się dobrze, natomiast zawsze łatwiej postraszyć ich, że może być gorzej [oczywiście, gdy dojdzie do władzy Kaczyński - TŁ] – mówi Łysakowski.

Sobotnią konwencję PiS w Sali Kongresowej rozpoczęła prezentacja filmu ze zdjęciami Lecha i Marii Kaczyńskich (…). Zdaniem rozmówcy Wirtualnej Polski, PiS zbyt chętnie sięga po nekromarketing, grę trumną. – Niestety, nasi politycy traktują tragedie instrumentalnie, chcą dzięki nim zaistnieć. To temat atrakcyjny medialnie, dlatego wolą opowiadać o męczeństwie Barbary Blidy czy o Smoleńsku, niż dyskutować na tematy merytoryczne. Ta kampania również upłynie nam pod znakiem trumien, nie tylko dlatego, że w dniu jej inauguracji, w niewyjaśnionych okolicznościach, zginął były wicepremier Andrzej Lepper – ocenia Łysakowski. (…) Zdaniem Łysakowskiego kontynuowanie tej strategii nie musi jednak negatywnie wpłynąć na notowania partii. – Mimo propagandy Smoleńska, PiS wciąż może mieć wysokie notowania, gdyż głosowanie na tę partię może stać się demonstracją braku zaufania do PO – zauważa.

O niedzielnej konwencji SLD rozmówcy Wirtualnej Polski mają zdanie raczej negatywne, nie tylko dlatego, że godzinę przed jej rozpoczęciem konferencję prasową zwołała Platforma Obywatelska, podczas której przedstawiła polityków SLD startujących z jej list. Strategia prezentowania Grzegorza Napieralskiego jako męża stanu budzi ich poważne wątpliwości. (…) Zdaniem Łysakowskiego, Napieralski blado wypada na tle swoich konkurentów, jest mało wyrazisty. (…)

A (…) hasło wyborcze SLD „Jutro bez obaw”? Zdaniem Łysakowskiego jest ono nietrafione. – SLD przejedzie się na tym haśle. Mamy kryzys, media w kółko trąbią o nadchodzącej recesji, Polakom trudno będzie uwierzyć, że nic im nie grozi – mówi. Podobnie źle ekspert wypowiada się o billboardach, którymi SLD, jego zdaniem, przekonuje wyborców, że jest partią „zadowolonych z siebie, śmiejących się obywatelowi w twarz urzędników”. (…)

Czy partii zaszkodzi rezygnacja Aleksandra Kwaśniewskiego z zaangażowania w kampanię Sojuszu? Były prezydent miał doradzać sztabowi wyborczemu SLD i być jedną z jego twarzy. – Nie sądzę, by miało to duże znacznie. Kwaśniewski wiele stracił na słynnej „chorobie filipińskiej”. W poprzedniej kampanii wcale SLD nie pomógł – ocenia Łysakowski.

Komu ufa Francuz

Reuters donosi o ciekawym sondażu znad Sekwany, badającym poziom zaufania (przede wszystkim na polu gospodarki) do polityków i instytucji. Sondaż ciekawy, bo pokazał, że politykiem, któremu najbardziej ufają dziś Francuzi, jest… Angela Merkel.

Kanclerz Niemiec cieszy się poparciem niemal co drugiego obywatela Republiki. Dla porównania, prezydent Nicolas Sarkozy może pochwalić się zaufaniem tylko co trzeciego Francuza. Więcej liczb dla bardziej zainteresowanych (via Business Insider):

A new poll published by Harris Interactive showed that German Chancellor Angela Merkel enjoys more support among the French than Sarkozy. 46% of the 1,090 respondents backed Merkel and her team, compared with 33% that backed Sarkozy and his administration. (…)
In a sheer confidence vote Sarkozy trailed U.S. President Barack Obama, who is losing favor at home.
First on the confidence list were citizens, followed by Merkel in second place (…), Obama in fifth (…), with Sarkozy relegated to the seventh spot. Respondents also showed they had the least faith in banks, traders and the ratings agencies.

Jeśli chodzi o wysoką lokatę kanclerz Niemiec, w sumie nawet się Francuzom nie dziwię. Gdyby mnie ktoś pytał, sam pewnie stwierdziłbym, że bardziej ufam (czy może raczej mniej nie ufam) Angeli Merkel, niż np. Donaldowi Tuskowi – i to nie tylko w kwestiach gospodarczych. Wystarczy, że nieco mniej wiem o pani kanclerz i ciemnych sprawkach jej ministrów, a jej kolejne kroki ekonomiczne nie uderzają mnie bezpośrednio po kieszeni aż tak dalece, jak np. zeszłoroczna podwyżka VAT-u. Przeciętny Francuz może o przywódczyni sąsiedniego państwa myśleć bardzo podobnie.

Gorzej jednak wróży Sarkozy’emu fakt, że Francuzi większym zaufaniem od aktualnej głowy swego państwa darzą nawet… prezydenta tradycyjnie nielubianej Ameryki. A przy okazji człowieka, którego nazwisko za oceanem zaczyna powoli funkcjonować jako synonim gospodarczej niekompetencji.

On the other side of the fence, the grass is greener – dlatego nie wykluczam, że gdyby sondaż przeprowadzono w USA, Merkel (też raczej nie wywołująca dziś entuzjazmu u przeciętnego Niemca), a może nawet i Sarkozy, zdobyliby lepsze noty od Obamy. Klasa polityczna  w USA, Francji czy głośnej ostatnio Wielkiej Brytanii po prostu nie radzi sobie z kryzysem i jego konsekwencjami, a wyborcy dość mocno odczuwają to w portfelach (a gdzieniegdzie również widzą na demolowanych ulicach). W efekcie niemal wszędzie partie rządzące, o ile tylko nie mają szczęścia do opozycji tak nieudolnej, jak PiS lub SLD, notują spadki w sondażach.

Utrata poparcia wyborców na rzecz wewnętrznych konkurentów to w demokracji norma. Utrata przez prezydenta poparcia na rzecz przywódcy państwa ościennego to na ogół nic więcej niż dziwactwo. Jeśli jednak tym państwem ościennym są Niemcy, na miejscu lokalnej elity czułbym lekkie mrowienie na plecach. I to mimo faktu, że Francja jest znacznie większa od Austrii…

Pierwszy tydzień kampanii

Polska24 (TV Polonia) sprzed tygodnia i moja wypowiedź na temat początku kampanii wyborczej, zapowiadającej się wówczas na dość nudną i mało inspirującą:

Na szczęście dla komentatorów i PR-owców niemal wszystkich partii, w piątek w południe w niejasnych okolicznościach rozstał się z życiem Andrzej Lepper, wieczorem za oceanem agencja Standard & Poor obniżyła rating Stanom Zjednoczonym, w sobotę wybuchły zamieszki w Wielkiej Brytanii, w niedzielę w Wałbrzychu PO zebrało 11 razy więcej głosów od PiS-u, w poniedziałek zanurkowały giełdy świata, we wtorek cena franka szwajcarskiego przebiła pułap 4 złotych, w środę rozniosło się po świecie, że Francja zbankrutuje, a w czwartek rano SLD po raz pierwszy od miesięcy spadł w sondażu do jednej cyferki. Swoją drogą, ciekawe, czy temu ostatniemu winna bardziej radosna okołoblidowa i okołolepperowa aktywność medialna Ryszarda Kalisza, czy też billboardy, którymi SLD przekonuje wyborców, że jest partią zadowolonych z siebie, śmiejących się obywatelowi w twarz urzędników:

Nałogi, które uczynią Cię wielkim

Czy skłonność do uzależnień i zespół nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD) mogą pozytywnie wpływać na życiowe osiągnięcia i sukces jednostki? Przez wiele lat myślano, że nie bardzo, stąd komercyjny sukces różnorakich terapii uzależnień oraz środków farmakologicznych, których producenci obiecywali rodzicom, że uwolnią ich dzieci od nadmiaru pobudzenia i deficytów uwagi. Teraz wychodzi, że może istnieć bardzo silny związek między niemożnością skupienia się dłużej na tym samym i podatnością na uzależnienia a skłonnością do podejmowania wyzwań, poszukiwania nowych rozwiązań, kreatywnością i charyzmą – czyli tym, co charakteryzuje liderów odnoszących największe sukcesy.

Dwa artykuły z ostatnich tygodni, których autorzy dość ciekawie pokazują, w jaki sposób jedno może wynikać z drugiego:

1. Addictive Personality? You Might be a Leader (New York Times). Autor, David J. Linden, profesor neuropsychologii z Johns Hopkins University School of Medicine, który ostatnio zdobył szeroki rozgłos za sprawą książki The Compass of Pleasure: How Our Brains Make Fatty Foods, Orgasm, Exercise, Marijuana, Generosity, Vodka, Learning, and Gambling Feel So Good, obala mit, jakoby większość odnoszących największe sukcesy managerów czy przedsiębiorców była ludźmi jakoś niesamowicie zorganizowanymi. Według badacza, znacznie trafniej można by ich określić jako uzależnionych: od nowych wyzwań, podejmowania ryzyka, udowadniania innym, że się jest lepszym, czy po prostu od sukcesu. Zresztą nie tylko od tego: wszyscy wiemy, że uzależnienia od substancji, seksoholizm i permanentne szukanie nowych bodźców są powszechne wśród aktorów i muzyków pop, mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że bardziej poważni twórcy (Orwell, Huxley, Capote, Dostojewski), politycy (Cezar, Bismarck, Churchill, Aleksander Wielki) i biznesmeni (Howard Hughes, Fred Trump Jr, Henry T. Nicholas) często również zmagali się z problemem braku kontroli nad impulsami.

Sukces tych jednostek tłumaczy Linden działaniem dopaminy – neurohormonu, który w mózgu odpowiada m.in. za motywację oraz odczuwanie przyjemności. Jeśli badacz ma rację, zarówno osoby ze skłonnościami do uzależnień, jak i odnoszący sukcesy zdobywcy, mają większą niż średnia w populacji motywację do poszukiwania przyjemnych bodźców – ale same bodźce sprawiają im mniej przyjemności, niż innym ludziom (jak podsumowuje to naukowiec: Addicts want their pleasures more but like them less). Gdy przeniesiemy takie zachowanie do biura nowoczesnej korporacji, możemy według Lindena otrzymać niemal doskonałego lidera-innowatora.

2. Addicts are Superhuman (Huffington Post – Aol Healthy Living). Tom Matlack rozwija tu ostatnią tezę Lindena, pokazując, jak ADHD i skłonność do uzależnień mogą kształtować karierę… na przykładzie własnej drogi życiowej. Powiedzmy sobie szczerze – robi to wrażenie:

I’m no Kurt Cobain, but my dopamine receptors are pretty damn blunted. Food, booze, coffee, the Internet … I have had my struggles with addiction. When I got old enough to consider work an even semi-important objective, I also became an insane risk-taker in my professional life — before, during, and after getting sober.
I’ve had success far in excess of my talent (became CFO of huge company at 29, sold it, then at 31 saved a web company from certain death that went on to become $5 billion market cap, among other notable „wins”). Harder working and, frankly, smarter peers didn’t get as far. (…)
In the end, as Linden points out, it came down to risk tolerance. As an addict I sought out risk whether or not it led to success or absolute gut-wrenching failure — and to be honest, there were more failures than successes. Over time I realized that no matter how many times you fail, the world measures you by your greatest successes, not your many failures. In fact, if you blow up and come back, it’s called heroic. So my strategy was just to keep rolling the dice until I hit the jackpot. Normal people wouldn’t do that.

I trudno się temu dziwić: normalni ludzie znacznie bardziej cenią bezpieczeństwo i stabilizację od niepewnego zysku, zwłaszcza jeśli łączy się ze sporym ryzykiem. I dlatego więcej osób wchodząc na rynek pracy nastawia się na to, że ktoś je zatrudni (najlepiej w urzędzie), niż zakłada firmy, które będą zatrudniać pracowników lub choćby płacić podatki na utrzymanie urzędów.

Na szczęście dla świata nie wszyscy są normalni.

China’s problem

Spot CAGW, który robił swego czasu furorę na konserwatywnych blogach u nas i za oceanem:

Przekaz mocny, ale moim zdaniem absolutnie nietrafiony – i dziś, po obniżeniu przez S&P ratingu Stanom i idącymi za tym nerwowymi ruchami w Pekinie, widzimy, dlaczego. Amerykański milioner J. Paul Getty mawiał: „Jeśli jesteś winien bankowi 100 dolarów, to jest to twoje zmartwienie; jeśli jesteś mu winien 100 milionów, to jest to zmartwienie banku”. To samo, choć jeszcze bardziej, tyczy się makroskali: jeżeli oskubiesz jakiegoś frajera na biliony, po czym zbankrutujesz (a masz więcej broni niż ów frajer, gdyż jesteś rządem amerykańskim, czyli najlepiej uzbrojoną organizacją świata), to twój wierzyciel ma problem, a nie ty. Gdyby jutro Amerykanie rozłożyli łapki i ogłosili, że swoich długów spłacać nie będą, albo w celu szybkiej spłaty wydrukowali kilkanaście dodatkowych bilionów dolarów (dzięki czemu USD zacząłby zbliżać się wartością do ś.p. dolara Zimbabwe, co spowodowałoby ostrą dewaluację długów rządu federalnego), to Chińczycy, którzy im pożyczali, właśnie najbardziej oberwaliby po tyłkach. Amerykanie zostaliby z wszystkim, co sobie przez lata za chińskie pożyczki kupili. Chińczycy tymczasem zostaliby z bezwartościowymi papierami oraz fabrykami, których części produkcji przy dolarze wartym mniej niż yuan (perspektywa dziś jeszcze odległa, ale drukowanie czegoś bez inherentnej wartości na taką skalę musi w końcu zrobić swoje) nie miałby po prostu kto kupować (ewentualnie także z know-how, który z tych fabryk wykradli, ale to akurat mają już i dziś). Nie mówiąc o tym, że gdyby amerykański robotnik dostatecznie zbiedniał, cena siły roboczej w Stanach znów zaczęłaby być konkurencyjna i może znów zaczęłoby opłacać się produkować na miejscu samochody, zabawki i telewizory.

Tak czy owak, którekolwiek z rozwiązań (default czy dodruk) USA wybierze, Chiny – jako jego de facto bezsilny wierzyciel – zawsze przegrywają. Co, oczywiście, nie znaczy że czegośtam za Pacyfikiem jakiś Chińczyk nie będzie mógł sobie kupić, gdy już dolar spadnie poniżej yuana. Tyle że nie jestem pewien, czy po takiej nauczce będzie się jeszcze chciało komukolwiek w Państwie Środka inwestować w Ameryce.

Polityka i showbiznes

Przegląd tabloidów z zeszłego tygodnia (połączony z dyskusją na temat najważniejszych wydarzeń ze świata polityki i showbiznesu), który robiłem w weekend w programie Kamila Dąbrowy – z serdeczną dedykacją dla amatorów tokefemowych podcastów: